Ksiądz Ziemiański po powrocie z konferencji prasowej zaszył się w swoim biurze w skrzydle Pałacu Kwirynalskiego zajmowanym przez Kongregację ds. Kościoła i Duchowieństwa. Znów zajął się masą dokumentów, popijając przy tym filiżankę expresso. Czuł się przejęty zaistniałą sytuacją i postanowił, że będzie robił co może, by ksiądz Salvatore został odbity z rąk sedewakantystów.
By sprawdzić aktualne wiadomości prefekt włączył odbiornik Radia Rotryjskiego. Usłyszał tam nowinę, która sprawiła, że pobladł na twarzy i zerwał się z krzesła. Radio podało bowiem informację, że został porwany następny duchowny, posługujący w Bazylice św. Sabiny na Awentynie i na ulicach zaroiło się od ludzi, którzy wypytują o księży. Przerażony ksiądz wybiegł z gabinetu i postanowił udać się do bazyliki św. Sabiny na Awentynie. Tam, gdzie wcześniej pełnił posługę i choć od tego momentu minęło wiele czasu, to nadal czuł do tej świątyni szczególny sentyment. Nim jednak udał się w drogę, przebrał się w koszulę z koloratką, aby sekciarze zbytnio go nie rozpoznali.
Automobil sunął po szerokich ulicach Apostolskiego Miasta, mijał stare kamienice i barokowe kościoły, które ksiądz Ziemiański znał doskonale. Panował wzmożony ruch, a w karczmach było tłoczno, jednak prefekt nie zwracał na to uwagi. Przejmował się coraz bardziej losem dwóch duchownych porwanych przez sedewakantystów pod wodzą Vosnickiego, jednak nikt nie wiedział, gdzie ich przetrzymują. Ksiądz prałat postanowił na własną rękę zbadać, gdzie znajdują się ci księża i co się z nimi dzieje. Po drodze zmówił po cichu pacierz w intencji Rotrii i dziesiątkę różańca. Gdy już był pod świątynią, zauważył coś dziwnego. Bowiem mury bazyliki były pobazgrane obelżywymi napisami, a drzwi szeroko otwarte. Ksiądz wraz z swoim sekretarzem, księdzem Prevostem, który zdecydował się pomóc prefektowi, weszli do środka kościoła. Wnętrze w przeciwieństwie do murów nie było zdewastowane, jednak od czasu zakończenia posługi przez ks. Dostojewskiego i podjęcia przez niego pracy na rzecz Kościoła w Rzeczypospolitej na stanowisku administratora apostolskiego w Gnieźnie wystrój nieco się zmienił, gdyż bazylika przeszła generalny remont. Duchowni weszli do piwnicy i przedostali się przez tony szpargałów.
Tam zastał ich przerażający, mrożący w krew żyłach widok. Na ścianie wisiał bowiem duchowny, którego ksiądz Henryk znał z dawnych czasów, ponieważ pomagał mu w pracy duszpasterskiej. - Wieczny odpoczynek racz mu dać Panie - rzekł przerażony prefekt. Okoliczności wskazywały, że został zamordowany jeszcze dziś przez nieznanego sprawcę, który był na pewno członkiem sekty Vosnickiego, gdyż do ciała przywiązana była kartka z napisem "Tak kończy sługa posoborowia". Ksiądz Ziemiański stwierdził, że nigdy nie naszła go myśl, że sedewakantyści posuną się do takiego czynu.