Liczba postów: 2892
Liczba wątków: 215
Dołączył: 27.11.2018
![[Obrazek: 101005704499842719.png]](https://kustosz.stempel.org.pl/1033/101005704499842719.png)
Był sobie raz Rybak Maciej.
Maciej, jak sama nazwa wskazuje, był rybakiem.
Od stu trzydziestu lat siedział nad tą samą rzeką Bishof, zarzucał wędkę i patrzył, czy coś bierze.
I w zasadzie nic się nie zmieniało.
Rzeka płynęła.
Śmieci pływały.
Bazylika św. Pawła stała.
A Maciej łowił.
— O, karp — powiedział Maciej któregoś wtorku.
— Nie karp — odpowiedział mu głos zza pleców.
Maciej westchnął.
— Oczywiście.
Odwrócił się.
Stał za nim Stefan II.
Utopiec.
Obok niego stał jakiś typ w czerwonej szacie.
— A ten kto? — zapytał Maciej.
— To pseudokardynał Zabieraj.
— Aha.
Maciej wrócił do łowienia.
— Maciej.
— No?
— Mamy zagadkę.
Maciej zamknął oczy.
— Nie.
— Ale nawet jej nie usłyszałeś.
— I nie zamierzam.
— To posłuchaj. Kiedy Patriarcha zostanie pochowany?
Maciej popatrzył na Stefana.
Potem na Zabieraja.
Potem na rzekę.
— A skąd ja mam, kurwa, wiedzieć?
— No właśnie!
— To po co mnie pytacie?
— Bo jesteś rybakiem.
— Od kiedy rybacy wiedzą, kiedy Patriarchów chowają?
Zabieraj pokiwał głową.
— Logiczne.
Stefan II szturchnął go łokciem.
— Nie pomagaj.
Maciej zarzucił wędkę.
Cisza.
Trzciny zaszumiały.
Stara skarpeta Piusa Leona II podpłynęła.
Maciej poczuł spokój.
Po siedmiu sekundach:
— A gdzie będzie jego serce? — zapytał Zabieraj.
Maciej powoli odwrócił głowę.
— Co?
— Serce Patriarchy.
— No w środku.
— Ale gdzie dokładnie?
— W klatce piersiowej!
— Ale po śmierci.
Maciej odłożył wędkę.
— Panowie.
— Tak?
— Jestem utopcem.
— Wiemy.
— Siedzę tutaj od stu trzydziestu lat.
— Wiemy.
— Nie mam rodziny.
— Wiemy.
— Nie mam kredytu.
— Szczęściarz.
— Nie mam nawet dobrego powodu, żeby żyć.
— Technicznie rzecz biorąc, nie żyjesz.
— Właśnie.
Maciej spojrzał na nich ponuro.
— I przez te sto trzydzieści lat jedyną rzeczą, jakiej chciałem, było spokojnie łowić ryby.
Stefan II zamyślił się.
— To może jeszcze jedno pytanie?
— NIE.
— Ale to bardzo ważne.
— NIE.
— Czy Patriarcha będzie pochowany—
— W DUPIE MAM PATRIARCHĘ!
Zapadła cisza.
Nawet martwe ryby przestały pływać.
Zabieraj spojrzał na Stefana.
— Chyba się zdenerwował.
— Chyba.
Maciej wstał.
Zawinął wędkę.
— Idę do klasztoru.
— Do jakiego?
— Mater Ecclesiae.
— Po co?
— Żeby mieć spokój.
— Tam?
— Tak.
— Przecież tam nikogo nie ma.
Maciej spojrzał na niego.
— Tym lepiej.
Po dwóch godzinach Maciej dotarł do klasztoru Mater Ecclesiae.
Wszedł.
Cisza.
Nikogo.
Przeszedł przez korytarz.
Nikogo.
Zajrzał do biblioteki.
Nikogo.
Do refektarza.
Nikogo.
Do kaplicy.
Nikogo.
Usiadł.
Westchnął z ulgą.
— Wreszcie.
Po chwili zza drzwi wychyliła się głowa Stefana II.
— Maciej?
Maciej spojrzał na niego.
— Jak wyście mnie, kurwa, znaleźli?
Zabieraj wychylił się zza Stefana.
— Mamy jeszcze jedną zagadkę.
Maciej wstał.
Wziął krzesło.
Stefan II zrobił krok do tyłu.
— Maciej, spokojnie.
— Nie jestem spokojny od 1896 roku.
— To kiedy Patriarcha—
TRZASK.
— AŁA!
— STEFAN!
— CO?!
— ON MNIE UDERZYŁ KRZESŁEM!
Maciej otrzepał ręce.
— Wracam nad Bishof.
— Ale serce Patriarchy—
— NIECH SOBIE LEŻY, GDZIE CHCE!
I wrócił nad rzekę.
Usiadł.
Zarzucił wędkę.
Po chwili coś szarpnęło.
Maciej uśmiechnął się.
— O.
Wyciągnął rybę.
Popatrzył na nią.
— Przynajmniej ty niczego nie pytasz.
Ryba spojrzała na niego.
— A kiedy Patriarcha—
Maciej wyrzucił ją z powrotem do rzeki.
I od tego dnia Maciej łowił już tylko za dnia.
Bo wtedy nawet utopce bały się wychodzić z wody.
† PIO DE MEDICI
Panzerhaubitzekardinal
Wielki Inkwizytor Świętego Oficjum
Sekretarz Stanu Świętej Stolicy
Primus inter Emeritos, Naczelny Senior Rotrii,
Książę Ferrary i Palestriny, markiz Monte Cassino, właściciel Mater Ecclesiae
Liczba postów: 2892
Liczba wątków: 215
Dołączył: 27.11.2018
Piazza Navona od zawsze należała do najgwarniejszych miejsc Apostolskiego Miasta.
W dzień — turyści.
Wieczorem — artyści.
A po północy — największy ściek ludzkości, jaki kiedykolwiek widziała Rotria.
Do drugiej, czasem nawet trzeciej w nocy otwarte były bary, restauracje i różnego rodzaju lokale, których właściciele konsekwentnie twierdzili, że „to tylko kawiarnia”.
O godzinie 2:17 wyglądało to mniej więcej tak:
— Panie, ja jestem całkowicie trzeźwy.
— To dlaczego pan siedzi w fontannie?
— Bo odpoczywam.
— W fontannie?
— A gdzie mam odpoczywać? Na chodniku?!
Ktoś śpiewał hymn Rotrii.
Ktoś inny próbował go śpiewać od tyłu.
Jakiś jegomość od pół godziny szukał swojego mieszkania, mimo że mieszkał w hotelu po drugiej stronie placu.
A dwóch miejscowych geniuszy próbowało przekonać posąg, żeby pożyczył im pieniądze.
I właśnie tego Karol Wawrzyniec de Medici y Zep nie znosił najbardziej.
Za życia wielokrotnie składał skargi.
Pisał pisma.
Wysyłał delegacje.
Raz nawet osobiście wyszedł na balkon i wydarł się na grupę pijanych studentów.
— CZY WY KURWA MOŻECIE CISZEJ?!
— CO?!
— CISZEJ!!!
— NIE SŁYSZYMY!!!
— NO WŁAŚNIE!!!
Niestety, śmierć nie poprawiła jego humoru.
Wręcz przeciwnie.
Karol Wawrzyniec po śmierci powrócił na Piazza Navona jako Jeździec Bez Głowy.
Nikt dokładnie nie wiedział dlaczego.
Jedni twierdzili, że była to kara.
Inni, że klątwa.
Jeszcze inni, że Karol po prostu umarł ze wkurwienia.
Jedno było pewne.
Jeździł po placu na wielkim czarnym koniu.
Miał na sobie swój dawny mundur.
A zamiast szabli trzymał w ręku potężny, złocony pastorał.
I od kiedy powrócił zza grobu, mieszkańcy Apostolskiego Miasta poznali nową zasadę:
Po drugiej w nocy nie należy być patologią na Piazza Navona.
Bo można było spotkać Karola.
2:03 w nocy
Mateusz i Kaspian wyszli właśnie z jednej z restauracji.
Mateusz trzymał się ściany.
Kaspian trzymał się Mateusza.
A Mateusz trzymał w ręku kebaba, którego nie pamiętał, żeby kupował.
— Ty, Kaspian.
— Co?
— Gdzie my jesteśmy?
— W Rotrii.
— A dokładniej?
— Na placu.
— Jakim?
Kaspian rozejrzał się.
— No… na takim dużym.
— Aha.
Przeszli pięć metrów.
Mateusz spojrzał na fontannę.
— Ty.
— Co?
— Ta fontanna się rusza.
— To woda.
— Nie. Ona się rusza.
— Bo płynie.
— Podejrzane.
Wtedy usłyszeli:
KLIK.
KLIK.
KLIK.
Kopyta uderzały o bruk.
Kaspian przestał się zataczać.
Mateusz również.
Z ciemności wyłonił się ogromny czarny koń.
Na nim siedziała postać bez głowy.
W jednej ręce trzymała lejce.
W drugiej — pastorał.
Na jego zakręconej końcówce migotał czerwony płomień.
Mateusz spojrzał na Kaspiana.
— Ty widzisz to samo co ja?
— Tak.
— Czyli jednak nie jestem pijany.
— Jesteś.
— Aha.
Jeździec zatrzymał konia.
KLIK.
Spojrzał na nich.
A właściwie nie spojrzał, bo nie miał czym.
— Dobry wieczór — powiedział Kaspian.
Cisza.
— My już będziemy szli.
Jeździec powoli uniósł pastorał.
— Ej, czekaj — powiedział Mateusz. — My nic nie zrobiliśmy.
Jeździec wskazał pastorałem na leżącą obok butelkę.
— To nie moja — powiedział Mateusz.
Wskazał na Kaspiana.
— Jego.
— TY SKURWYSYNU.
Kaspian odwrócił się i zaczął uciekać.
Po dwóch krokach przewrócił się na fontannę.
Jeździec westchnął.
Koń również.
Karol Wawrzyniec zeskoczył z siodła.
Podszedł do Kaspiana.
Uniósł pastorał.
ŁUP!
Pastorał walnął w bruk obok jego głowy.
Z kamieni wystrzeliła cienka linia ognia.
Kaspian spojrzał na nią.
— Ale ładne.
Karol spojrzał na niego.
Kaspian pomyślał chwilę.
— O kurwa.
Jeździec ponownie zamachnął się pastorałem.
Mateusz złapał Kaspiana i obaj zaczęli uciekać.
— WIEJ!
— DOKĄD?!
— BYLE DALEJ OD DUCHOWNEGO!
— PRZECIEŻ ON NIE MA GŁOWY!
— TO TYM BARDZIEJ!
Karol wskoczył na konia.
Ruszył za nimi.
Pastorałem szorował po kocich łbach.
SZUUUUURRRR.
Za każdym pociągnięciem po bruku zostawała płonąca, pomarańczowa linia.
Mateusz obejrzał się.
— On nas goni!
— Wiem!
— Co robimy?!
Kaspian zatrzymał się.
— Mam pomysł.
— Jaki?
— Udajemy, że jesteśmy trzeźwi.
— TY GENIUSZU!
Obaj natychmiast wyprostowali się.
Karol podjechał.
Mateusz powiedział:
— Szanowny Panie Jeźdźcu. Chcielibyśmy oświadczyć, że jesteśmy obywatelami spokojnymi, kulturalnymi i absolutnie niepijanymi.
Kaspian przytaknął.
— Absolutnie.
Mateusz zachwiał się.
Kaspian zachwiał się.
Obaj runęli na ziemię.
Jeździec przez chwilę patrzył.
Potem schował pastorał.
Mateusz podniósł głowę.
— Czyli nam darował?
Karol wskazał pastorałem na zegar.
2:15.
Mateusz spojrzał.
— No i?
Jeździec wskazał na restaurację.
Potem na nich.
Potem na pastorał.
Kaspian zrozumiał.
— On mówi, że mamy wracać do domu.
— A jak nie?
Karol powoli przejechał pastorałem po bruku.
FSSSSSSSSS.
Zapłonęła kolejna linia ognia.
Mateusz wstał.
— DOBRZE, KURWA.
Kaspian również.
— Dobranoc.
Ruszyli w stronę domu.
Po trzydziestu sekundach Mateusz powiedział:
— Kaspian?
— Co?
— A gdzie my mieszkamy?
Cisza.
— Nie wiem.
Obaj spojrzeli za siebie.
Na końcu placu stał Karol Wawrzyniec.
A obok niego płonęła cała seria równych linii wyrytych w bruku.
Mateusz westchnął.
— To chyba jednak zostaniemy na tej fontannie.
Karol powoli uniósł pastorał.
— DOBRA, DOBRA! JUŻ IDZIEMY!
I tej nocy Piazza Navona po raz pierwszy od wielu lat ucichła.
O godzinie 2:31 nie było już słychać pijaków.
Nie było śpiewów.
Nie było awantur.
Nie było nawet kebaba.
Był tylko stukot kopyt.
KLIK.
KLIK.
KLIK.
I cichy głos Karola Wawrzyńca:
— Kurwa… wreszcie cisza.
![[Obrazek: 101005704499842766_t.png]](https://kustosz.stempel.org.pl/1033/101005704499842766_t.png)
† PIO DE MEDICI
Panzerhaubitzekardinal
Wielki Inkwizytor Świętego Oficjum
Sekretarz Stanu Świętej Stolicy
Primus inter Emeritos, Naczelny Senior Rotrii,
Książę Ferrary i Palestriny, markiz Monte Cassino, właściciel Mater Ecclesiae
Liczba postów: 2892
Liczba wątków: 215
Dołączył: 27.11.2018
Następnego dnia Mateusz i Kaspian nie byli już tymi samymi ludźmi.
A właściwie byli.
Tylko trochę bardziej przestraszonymi.
Od rana siedzieli w mieszkaniu i nie wychodzili na zewnątrz.
Mateusz wyglądał przez okno.
— Widzisz go?
— Kogo?
— Tego konia.
Kaspian podszedł do okna.
— Nie.
— No właśnie. Czyli stoi dalej.
— Ty jesteś pojebany.
— Możliwe.
Po chwili Mateusz podszedł do telefonu.
— Dzwonimy po egzorcystę.
— Znasz jakiegoś?
— Podobno jest jeden początkujący z Florencji.
— Ile bierze?
— Co łaska.
— To dobrze.
— Nie mniej niż dwieście lirów.
— Aha.
— A jak chce się potwierdzenie?
— Ile?
— Więcej.
Kaspian się zamyślił.
— To może bez potwierdzenia.
10 minut później
— Szczęść Boże — odezwał się przez telefon młody ksiądz.
— Szczęść Boże. Księże Aureliuszu, mamy problem.
— Jaki?
— Wczoraj spotkaliśmy ducha.
— Jakiego?
— Bez głowy.
— Dużego?
— Na koniu.
— Aha.
— I miał pastorał.
Po drugiej stronie zapadła cisza.
— Panowie.
— Tak?
— Czy wyście go przypadkiem nie wkurwili?
Mateusz spojrzał na Kaspiana.
Kaspian spojrzał na Mateusza.
— Nie.
— Na pewno?
— No… trochę.
— Rozumiem. Ile piliście?
— To nieistotne.
— Czyli dużo.
— Ksiądz jest egzorcystą czy prokuratorem?!
Aureliusz westchnął.
— Dobrze. Przyjadę.
— Ile?
— Co łaska.
— Ale nie mniej niż dwieście?
— Nie mniej niż dwieście.
— A potwierdzenie?
— Drożej.
— To bez.
— Mądrze.
Biblioteka Patriarsza
Ks. Aureliusz wiedział jedno.
Jeżeli w Apostolskim Mieście pojawił się duch, którego nikt wcześniej nie znał, należało zajrzeć do Bestiariusza Patriarszego.
Była to tajemna księga.
Stara.
Ciężka.
Pełna opisów demonów, upiorów, widm i innych stworzeń, które przez stulecia uprzykrzały życie Rotryjczykom.
Problem był jeden.
Biblioteka Patriarsza była zamknięta.
Od czasów kardynała Sieniawskiego nikt tam nie zaglądał. A Sieniawski wsiąkł, tak jak klucze do Biblioteki.
Aureliusz próbował wejść normalnie.
Zapukał.
Nic.
Zapukał drugi raz.
Nic.
Spróbował klamki.
Zamknięte.
Spojrzał na drzwi.
— No trudno.
Wyjął z kieszeni wytrych.
— Praca duszpasterska.
Po chwili zamek szczęknął.
— Gotowe.
Wszedł do środka.
Była północ.
Biblioteka pogrążona była w ciemności.
Długie rzędy regałów ciągnęły się aż po sufit.
W powietrzu unosił się kurz.
Aureliusz kichnął.
— Na zdrowie — powiedział sam do siebie.
Echo odpowiedziało:
— Zdrowie...
— Dzięki.
— Dzięki...
— Nie ma za co.
— Nie ma za co...
Aureliusz zatrzymał się.
— Dobra. To już było dziwne.
Ruszył dalej.
Na końcu sali znajdowało się zakurzone biurko Mecenasa Patriarszego.
Na nim leżały różne dokumenty, stare zapiski i kilka tajemniczych bukw.
Aureliusz zaczął je przeglądać.
— „Administracja biblioteczna...”
Odrzucił.
— „Wykaz osób zalegających z oddaniem książek...”
Zatrzymał się.
— Ooo.
Przejrzał listę.
— Ten człowiek oddał książkę w 1897.
Spojrzał na datę.
— I nadal ma karę.
Odłożył dokument.
— Szanuję.
Nagle zauważył grubą księgę.
Na okładce widniał napis:
BESTIARIUSZ PATRIARSZY
Nie wypożyczać.
Aureliusz uśmiechnął się.
— No i znalazłem.
Wziął księgę.
Wtedy usłyszał:
CHRAP.
Aureliusz znieruchomiał.
— Kto tam?
Cisza.
CHRAP.
— Halo?
Spojrzał za siebie.
Między regałami nikogo nie było.
Odwrócił się do obrazu wiszącego nad biurkiem.
Przedstawiał starego biskupa w czarnej szacie.
Aureliusz zmrużył oczy.
— Ładny obraz.
Biskup na obrazie otworzył oczy.
— Dziękuję.
Aureliusz wypuścił księgę.
— JA PIERDOLĘ.
Biskup wyszedł z ram obrazu.
Stanął przed nim.
Był blady, zakurzony i miał w ręku ogromną miotełkę.
— Giovanni Gałganelli — przedstawił się. — Biskup. Strażnik biblioteki.
Aureliusz przeżegnał się.
— Jestem egzorcystą.
— Karta biblioteczna?
— Nie.
Gałganelli zmarszczył brwi.
— To wypierdalaj.
— Słucham?
— Biblioteka jest dla czytelników.
— Ja jestem księdzem.
— To nie jest karta biblioteczna.
— Ale mam legitymację duchownego.
— Nie interesuje mnie.
— Mam prawo wejść.
— Nie masz karty.
— Potrzebuję tej księgi.
Gałganelli spojrzał na Bestiariusz.
— Tym bardziej potrzebujesz karty. Proszę przyjść w godzinach pracy Biblioteki i ją wyrobić.
Aureliusz westchnął.
— Panie kochany biskupie, dwóch pijanych debili zostało zaatakowanych przez jeźdźca bez głowy.
— Nie moja sprawa.
— Jeździ po Piazza Navona.
— Nie moja sprawa.
— Ma pastorał.
Gałganelli zastanowił się.
— Jaki?
— Złoty. Zakręcony.
Biskup pokiwał głową.
— Elegancki.
— I zostawia ogień na bruku.
— Niszczy posadzkę?
— Tak.
Gałganelli nagle pobladł jeszcze bardziej.
— O KURWA.
— Co?
— To już moja sprawa.
Gałganelli podszedł do Bestiariusza.
Otworzył księgę.
Przekartkował kilka stron.
— Jest.
— Co?
— Jeździec Bez Głowy. Ostatniego takiego widziano za Victora Srumuna.
Aureliusz nachylił się nad księgą.
— „Powstały z gniewu człowieka, który za życia nie znosił nocnego hałasu”.
— No.
— „Po śmierci przemierza ulice, poszukując pijanych awanturników”.
— Zgadza się.
— „Uzbrojony w pastorał”.
— Zgadza się.
— „Nie toleruje wrzasków, śpiewów ani osób zataczających się”.
Aureliusz spojrzał na Gałganelliego.
— To jak go pokonać?
Biskup przewrócił kilka stron.
— Tutaj jest.
Aureliusz przeczytał.
Zrobił wielkie oczy.
— Nie.
— Co?
— Nie mogę tego zrobić.
— Dlaczego?
— To głupie.
— Pan jest egzorcystą.
— Nie pan tylko ksiądz. I to początkującym.
— Tym bardziej.
Aureliusz westchnął.
— Co tam jest napisane?
Gałganelli spojrzał na niego.
— Trzeba mu znaleźć miejsce, w którym jest cicho.
— I tyle?
— I dać mu coś do roboty.
— Co?
— Pilnowanie biblioteki.
Zapadła cisza.
Aureliusz popatrzył na biskupa.
Biskup popatrzył na Aureliusza.
— Czyli chcecie mi powiedzieć — powiedział Aureliusz — że cały ten demonizm można rozwiązać etatem?
Gałganelli wzruszył ramionami.
— W Rotrii większość problemów tak się rozwiązuje.
Nagle z głębi biblioteki dobiegł potężny huk.
ŁUP!
Zatrzęsły się regały.
Aureliusz chwycił krzyż.
Gałganelli chwycił miotełkę.
— Co to było?!
Biskup spojrzał w ciemność.
— Ktoś przewrócił książkę.
— I co?
Gałganelli zacisnął zęby.
— KURWA, KSIĄŻKA LEŻY GRZBIETEM DO GÓRY.
Ruszył biegiem między regały.
Aureliusz został sam.
Po chwili usłyszał z oddali:
— KTO TO ZROBIŁ?!
— ...
— PYTAM, KTO TO ZROBIŁ?!
— ...
— NIECH SIĘ PRZYZNA!
Aureliusz spojrzał na Bestiariusz.
Westchnął.
— Chyba będę musiał wystawić rachunek za dodatkowe sprzątanie.
I właśnie wtedy zgasły ostatnie zapalone przez Aureliusza świece.
W bibliotece zrobiło się kompletnie ciemno.
A gdzieś pomiędzy regałami rozległ się tylko dźwięk uderzających o siebie książek.
IDIOOOOOOTO COOOOOŻEEEEEŚ NAAAAAROOOOBIIIIŁ!
Aureliusz zaczął się modlić.
— Panie Boże...
Gałganelli rzucił miotełką w Aureliusza.
Aureliusz dodał:
— ...mam nadzieję, że te dwieście lirów obejmuje również sytuacje, kiedy duch biblioteczny próbuje mnie zabić.
Z ciemności odpowiedział Gałganelli:
— NIE OBEJMUJE.
— Kurwa.
† PIO DE MEDICI
Panzerhaubitzekardinal
Wielki Inkwizytor Świętego Oficjum
Sekretarz Stanu Świętej Stolicy
Primus inter Emeritos, Naczelny Senior Rotrii,
Książę Ferrary i Palestriny, markiz Monte Cassino, właściciel Mater Ecclesiae
Liczba postów: 2892
Liczba wątków: 215
Dołączył: 27.11.2018
Ks. Aureliusz przez chwilę stał w ciemnej Bibliotece Patriarszej, patrząc na biskupa Gałganelliego.
Gałganelli trzymał miotełkę.
A Aureliusz trzymał Bestiariusz.
— No dobra — powiedział Aureliusz. — To ja chyba pójdę.
— Dokąd? — zapytał Gałganelli.
— W pizdu.
I niewiele myśląc, chwycił Bestiariusz Patriarszy, podbiegł do najbliższego okna i wyskoczył.
— AURELIUSZ! TAM JEST ZE TRZY PIĘTRA! — krzyknął Gałganelli.
— WIEM!
— TO PO CO SKACZESZ?!
— BO WY TU MACIE DUCHY!
— A NA ZEWNĄTRZ NIE MA?!
Aureliusz już tego nie słyszał.
Leciał.
Przez chwilę.
Potem nastąpiło:
ŁUP!
Apostolskie Seminarium Duchowne
Ks. Aureliusz otworzył oczy.
Leżał na tarasie.
Dokładnie pod nim znajdował się budynek Apostolskiego Seminarium Duchownego.
— Kurwa — powiedział.
Podniósł się.
Sprawdził ręce.
Nogi.
Bestiariusz.
Wszystko było.
— Cud.
Spojrzał na otoczenie tarasu i szybko rozpoznał gdzie się znajduje.
— Tylko dlaczego zawsze muszę lądować na seminarium?
Budynek był pusty.
Wakacje.
Żadnych kleryków.
Żadnych przełożonych.
Żadnych wykładów.
Żadnego:
— Aureliuszu, a czym właściwie jest kerygmat?
Aureliusz zamarł.
— Nie.
Spojrzał w stronę kapliczki na tarasie gdzie codziennie było majowe.
— Nie będę o tym myślał.
Ale wspomnienia wróciły.
Pierwszy rok.
Korytarz.
Kawa z kawiarki.
On, młody kleryk.
I przełożony stojący naprzeciwko.
— Aureliuszu.
— Tak?
— Powiedz mi, czym jest kerygmat.
— Głoszeniem Chrystusa?
— Dobrze.
Aureliusz odetchnął.
— A co jest centrum kerygmatu?
— Chrystus.
— Dobrze.
Ksiądz zrobił krok bliżej.
— A jakie są elementy?
Aureliusz zbladł.
— No...
— No?
— Nie pamiętam.
— To proszę się nauczyć.
I tak zaczęło się piekło.
Przez następne trzy lata Aureliusz był pytany o kerygmat przy każdej możliwej okazji.
Przy śniadaniu.
Na kolacji.
W zakrystii.
Raz nawet w toalecie.
— Aureliuszu!
— Co?!
— Kerygmat!
— JA TU SRAM!
Aureliusz otrząsnął się ze wspomnień.
— Nigdy więcej.
Znalazł wejście na poddasze.
Zszedł do środka.
Seminarium było ciche.
Bardzo ciche.
Przeszedł korytarzem.
W końcu znalazł swój dawny pokój.
Otworzył drzwi.
— Chociaż chwilę odpocznę.
Wszedł.
Położył Bestiariusz na biurku.
Usiadł.
Westchnął.
— Cisza.
Wtedy z szafy dobiegło:
SZUR.
Aureliusz powoli podniósł głowę.
— Nie.
SZUR.
— Nie mam już dzisiaj siły.
Drzwi szafy same się otworzyły.
Z wnętrza wysunęła się biała, lekko świecąca zjawa.
Miała okulary.
Białą stułę.
Księgę w ręce.
A od jej pasa ciągnął się ogromny łańcuch.
Drugi koniec był przywiązany do kilku wielkich tomów komentarzy biblijnych do Ewangelii św. Mateusza.
Zjawa spojrzała na Aureliusza.
— Witaj.
Aureliusz pobladł.
— Nie.
— Co?
— Nie, nie, nie.
Zjawa poprawiła okulary.
— Nie poznajesz mnie?
Aureliusz wskazał palcem.
— FABIO?!
Duch ukłonił się lekko.
— Ks. Fabio Belmonte. Niegdyś rektor Apostolskiego Seminarium Duchownego.
Aureliusz cofnął się o krok.
— Ty nie żyjesz?!
— Jak widać.
— Ale...
— Umarłem kilka lat temu.
— To dlaczego tu jesteś?!
Fabio spojrzał na łańcuch.
— Jestem uwięziony.
Aureliusz popatrzył na księgi.
— Przez kerygmat?
— Nie.
— Przez wszystkie komentarze do Mateusza?
— Tak.
— Ile ich jest?
— Siedem tomów.
— Ja pierdolę.
Fabio westchnął.
— Za życia chciałem, żeby każdy kleryk dobrze znał Ewangelię.
— Wiem.
— Chciałem, żeby rozumiał Pismo.
— Wiem.
— Chciałem też, żeby potrafił wyjaśnić kerygmat.
Aureliusz zamknął oczy.
— Wiedziałem, że do tego dojdziemy.
Fabio uśmiechnął się blado.
— Aureliuszu...
— Tak?
— Czym jest kerygmat?
Aureliusz zerwał się z krzesła.
— NAWET PO ŚMIERCI?!
Duch wzruszył ramionami.
— Przyzwyczajenie.
Aureliusz spojrzał na łańcuch.
— Dobra. Uwolnię cię.
— Naprawdę?
— Tak.
— Wiesz jak?
Aureliusz otworzył Bestiariusz.
Przewertował kilka stron.
— Tutaj piszą, że duchy związane z księgami można uwolnić przez...
Zatrzymał się.
— No nie.
— Co?
— „Należy przeczytać księgę, która więzi ducha, a następnie publicznie odpowiedzieć na trzy pytania dotyczące jej treści”.
Fabio się uśmiechnął.
— Doskonale.
— Nie.
— To proste.
— Nie jest.
— Pierwsze pytanie...
— Nie.
— Drugie...
— Nie.
— Trzecie...
— FABIO, JA PRZYSZEDŁEM TU PO BESTIARIUSZ, A NIE ZDAWAĆ EGZAMIN Z MATEUSZA!
Duch spojrzał na niego ze smutkiem.
— Czyli nadal nie jesteś przygotowany.
Aureliusz spojrzał mu prosto w oczy.
— Dobra.
Wyjął krzyż.
— Mam inną metodę.
— Jaką?
— Egzorcyzm.
— Nie zadziała.
— Dlaczego?
Fabio wskazał na siebie.
— Jestem byłym rektorem, nie demonem.
Aureliusz opuścił krzyż.
— Jako kleryk myślałem inaczej.
Aureliusz otworzył Bestiariusz.
— Dobra.
— Co robisz?
— Szukam rozwiązania.
Przerzucił kilka stron.
— Jest!
— Co?
Aureliusz przeczytał:
„Aby uwolnić ducha nauczyciela, należy znaleźć osobę, która dobrowolnie przejmie jego obowiązki.”
Zapadła cisza.
Fabio powoli spojrzał na Aureliusza.
Aureliusz powoli spojrzał na Fabia.
— Nie — powiedział Aureliusz.
Fabio się uśmiechnął.
— Aureliuszu...
— Nie.
— Ty byłeś moim najlepszym klerykiem.
— NIE.
— Zawsze uważałem, że masz talent pedagogiczny.
— FABIO, NIE ZROBIĘ TEGO.
— Tylko jedno pytanie dziennie.
Aureliusz milczał.
— Dwa w niedzielę.
Aureliusz zaczął się pocić.
Fabio podszedł bliżej.
— Tylko jedno pytanie.
— Jakie?
Duch poprawił okulary.
— Czym jest kerygmat?
Aureliusz zamknął oczy.
— Wiedziałem.
— Odpowiedź?
— Śmierć i zmartwychwstanie Chrystusa, wezwanie do nawrócenia...
— Dobrze.
Duch uśmiechnął się.
— Naprawdę?
— Tak.
Aureliusz odetchnął.
Fabio dodał:
— A teraz wymień wszystkie elementy.
Aureliusz spojrzał na niego z niedowierzaniem.
— TY KURWA NAWET PO ŚMIERCI MASZ EGZAMIN?!
Fabio uśmiechnął się.
— Tradycja seminaryjna.
Aureliusz chwycił Bestiariusz.
— Dobra. Uwolnię cię.
— Wiedziałem, że się zgodzisz.
— Ale pod jednym warunkiem.
— Jakim?
— Nigdy więcej nie pytasz mnie o kerygmat.
Fabio zastanowił się.
— Dobrze.
— Obiecujesz?
— Obiecuję.
Łańcuch zaczął pękać.
TRZASK!
Księgi spadły na podłogę.
ŁUP!
Zjawa zaczęła znikać.
— Aureliuszu...
— Co?
— Jest jeszcze jedna rzecz.
— Jaka?
Fabio poprawił okulary.
— Jutro masz Konferencję o wychowaniu młodego pokolenia kapłanów przed Kolegium Kardynalskim. Pamiętasz Piusa Medyceusza od dogmatyki? Na pewno ta menda pamięta ciebie.
Aureliusz zamarł.
— A o czym ta konferencja?
— O kerygmacie.
— FABIOOOOO!
Duch zniknął.
Po chwili zza drzwi dobiegł tylko jego głos:
— Pamiętaj o sześciu elementach!
Aureliusz otworzył jedno oko.
— WIEDZIAŁEM, ŻE JEST ICH WIĘCEJ NIŻ TRZY.
† PIO DE MEDICI
Panzerhaubitzekardinal
Wielki Inkwizytor Świętego Oficjum
Sekretarz Stanu Świętej Stolicy
Primus inter Emeritos, Naczelny Senior Rotrii,
Książę Ferrary i Palestriny, markiz Monte Cassino, właściciel Mater Ecclesiae
Liczba postów: 2751
Liczba wątków: 258
Dołączył: 18.05.2016
Wnoszę o rozpoczęcie nowego, rotryjskiego cyklu "Bartosz Walaszek na każdy dzień"!
(-) Mikołaj kardynał Dreder
Dziekan Kolegium Kardynalskiego
Kardynał biskup Ostii
Liczba postów: 2892
Liczba wątków: 215
Dołączył: 27.11.2018
Ks. Aureliusz wyszedł z Apostolskiego Seminarium Duchownego.
Nie drzwiami.
Drzwiami wychodzili normalni ludzie.
Aureliusz wyszedł przez okno na parterze, bo po ostatnich wydarzeniach nabrał do okien pewnego rodzaju zaufania.
Pod pachą trzymał Bestiariusz Patriarszy.
W kieszeni miał krzyż.
W drugiej kieszeni rachunek dla Mateusza i Kaspiana.
Bo niezależnie od tego, czy uda mu się pokonać Jeźdźca Bez Głowy, dwieście lirów było dwieście lirów.
Szedł powoli Aleją Pałacową.
Apostolskie Miasto spało.
Latarnie rzucały słabe światło na bruk.
Wiatr poruszał gałęziami starych drzew.
Aureliusz spojrzał na Bestiariusz.
— Dobra. Jeden Jeździec Bez Głowy. Znaleźć mu robotę. Wrócić do domu. Przespać się. Jutro konferencja.
Przypomniał sobie Fabia.
Pamiętaj o sześciu elementach.
— Zamknij mordę, Fabio.
Cisza.
Aureliusz zatrzymał się.
— Przepraszam.
Cisza.
— Przyzwyczajenie.
Ruszył dalej.
Po kilku minutach zauważył coś dziwnego.
Po lewej stronie alei, za wysokim żelaznym ogrodzeniem, stał ogromny pałac.
Aureliusz znał ten budynek.
Każdy w Rotrii go znał.
Dawna Ambasada Imperium Skarlandu.
Od lat zamknięta.
Od lat pusta.
Od lat nikt tam nie mieszkał.
Teoretycznie.
Bo tej nocy we wszystkich oknach paliło się światło.
Aureliusz stanął.
— Nie.
Spojrzał na pałac.
— Nie, nie, nie.
Przed głównym wejściem stała karoca.
Nie samochód.
Nie dorożka.
Karoca.
Wielka, czarna, bogato zdobiona, wyglądająca tak, jakby ktoś wyciągnął ją prosto z XVIII wieku.
Zaprzężona była w cztery czarne konie.
Aureliusz zrobił krok bliżej.
Jeden z koni odwrócił głowę.
Oczy miał czerwone.
— Oczywiście.
Drugi koń również spojrzał na Aureliusza.
Też czerwone.
— No pewnie.
Trzeci.
Czerwone.
Aureliusz spojrzał na czwartego.
— Ty chociaż bądź normalny.
Koń otworzył oczy.
Czerwone.
— A idźcie wy wszyscy w cholerę.
Aureliusz otworzył Bestiariusz.
— „Konie o czerwonych oczach”...
Przerzucił kilka stron.
— „Rumaki piekielne”.
Spojrzał na konie.
Potem na księgę.
— Nie.
Przeczytał jeszcze raz.
— „Rumaki piekielne rozpoznać można po płonących kopytach, dymie wydobywającym się z nozdrzy i zapachu siarki”.
Powąchał.
Nic.
Spojrzał na konie.
— To czym wy jesteście?
Jeden z koni kichnął.
— Na zdrowie.
Koń zarżał.
— Nie ma za co.
I właśnie wtedy...
DING.
Aureliusz znieruchomiał.
DING.
Dźwięk starego zegara.
Dochodził zza jego pleców.
Aureliusz powoli się odwrócił.
Stał tam mężczyzna.
A właściwie...
To, co kiedyś było mężczyzną.
Wysoki.
Nienaturalnie chudy.
Ubrany w ogromny królewski płaszcz.
Na głowie miał koronę.
Na nosie złote okulary.
A w dłoni trzymał wielki kieszonkowy zegarek.
Zdecydowanie za wielki jak na zegarek kieszonkowy.
Jegomość spojrzał na Aureliusza.
Uśmiechnął się.
— Spóźniłeś się.
Aureliusz spojrzał na zegarek.
— Na co?
— Na audiencję.
— Nie umawiałem się.
— Wszyscy tak mówią.
— Kim pan jest?
Postać wyprostowała się dumnie.
— Andreas Catalan.
Cisza.
— Król Skarlandu.
Aureliusz spojrzał na niego.
Potem na pałac.
Potem znowu na niego.
— Były?
Andreas przestał się uśmiechać.
— Król.
— Ale Skarland...
— KRÓL.
— Dobra, dobra. Król.
Andreas uspokoił się.
— Lepiej.
Aureliusz otworzył Bestiariusz.
— Andreas Catalan...
Przekartkował kilka stron.
Andreas zerknął na księgę.
— Co to?
— Bestiariusz Patriarszy.
— Jestem tam?
— Zaraz zobaczymy.
— Powinienem być.
— Czemu?
— Jestem królem.
Aureliusz przewrócił stronę.
— Jest Jeździec Bez Głowy.
— Plebs.
— Biskup biblioteczny.
— Plebs.
— Utopce.
— Tym bardziej plebs.
Aureliusz przewracał dalej.
— Andreas Catalan...
Nic.
Jeszcze kilka stron.
Nic.
Spojrzał na ducha.
— Nie ma.
Andreas znieruchomiał.
— Słucham?
— Nie ma pana.
— Proszę sprawdzić indeks.
— Sprawdziłem.
— Pod „Catalan”.
— Nie ma.
— Pod „Andreas”.
— Nie ma.
— Pod „królowie”.
Aureliusz sprawdził.
— Jest „Król sedesów”.
— To nie ja.
— Domyśliłem się.
Andreas wyrwał mu Bestiariusz.
— To skandal.
— Też tak uważam.
Król zaczął gorączkowo wertować księgę.
— Jeździec jest?!
— Jest.
— Utopiec jest?!
— Nawet kilku.
— Gałganelli?!
— Jest.
Andreas zatrzasnął księgę.
— A MNIE NIE MA?!
Z pałacu wyleciało kilka szyb.
Konie zarżały.
Aureliusz poprawił sutannę.
— Może nie zgłosili.
Andreas spojrzał na niego.
— Kto?
— Rodzina.
— Do czego?
— Do Bestiariusza.
Król milczał.
Aureliusz wzruszył ramionami.
— W Rotrii wszystko trzeba zgłaszać.
Andreas przez chwilę wyglądał, jakby właśnie poznał prawdziwy powód własnej śmierci.
W końcu oddał księgę.
— Chodź.
— Dokąd?
Król wskazał pałac.
— Do ambasady.
— Nie.
— Dlaczego?
— Bo jest pierwsza czterdzieści trzy w nocy, pan nie żyje, konie mają czerwone oczy, a w pustej ambasadzie pali się światło.
Andreas pokiwał głową.
— Rozsądnie.
— Dziękuję.
— Dlatego właśnie potrzebuję egzorcysty.
Aureliusz zamarł.
— Skąd pan wie, że jestem egzorcystą?
Andreas wskazał na Bestiariusz.
Potem na krzyż.
Potem na Aureliusza.
— Sutanna. Krzyż. Księga o duchach. Pierwsza w nocy.
Zastanowił się.
— Albo egzorcysta, albo bardzo dziwny bibliotekarz.
— Egzorcysta.
— Wiedziałem.
Andreas odwrócił się w stronę pałacu.
— Mamy problem.
— Jaki?
Król spojrzał na oświetlone okna.
— Ktoś zajął moją ambasadę.
Aureliusz zmarszczył brwi.
— Przecież pan nie żyje.
— To nie znaczy, że można zajmować moje nieruchomości.
— Technicznie...
Andreas spojrzał na niego.
— Nie kończ.
— Dobrze.
Wtedy na drugim piętrze pałacu przesunął się cień.
Aureliusz zauważył go.
— Widział pan?
— Tak.
— Kto tam jest?
Andreas spojrzał na zegarek.
— O tej godzinie?
— Tak.
Król schował zegarek.
— Dwór.
— Jaki dwór?
Andreas uśmiechnął się.
— Mój.
W tej samej chwili wszystkie okna pałacu zgasły.
Jednocześnie.
TRACH.
Aureliusz przeżegnał się.
Po sekundzie zapaliło się jedno okno.
Na najwyższym piętrze.
Potem drugie.
Trzecie.
Czwarte.
Jakby coś poruszało się przez kolejne pokoje.
Coraz bliżej.
Aż światło zapaliło się nad głównym wejściem.
Drzwi pałacu powoli się otworzyły.
SKRZYYYYP.
Z wnętrza dobiegła muzyka.
Stary dworski walc.
Aureliusz spojrzał na Andreasa.
— Nie.
— Co?
— Nie wchodzę.
— Dlaczego?
— Bo już dwa razy dzisiaj wszedłem tam, gdzie nie powinienem.
Podniósł jeden palec.
— Biblioteka: duch.
Drugi.
— Seminarium: duch.
Wskazał na pałac.
— Nie trzeba być doktorem teologii, żeby zauważyć pewien schemat.
Andreas wyciągnął rękę.
W dłoni pojawił się mały woreczek.
Zabrzęczał.
Aureliusz spojrzał.
— Co to?
— Trzysta lirów.
Cisza.
Aureliusz spojrzał na pałac.
Potem na pieniądze.
Potem na pałac.
— Z potwierdzeniem?
— Nie potrzebuję.
Aureliusz schował woreczek.
— Prowadź, Wasza Królewska Mość.
I tak ks. Aureliusz wszedł do dawnej Ambasady Imperium Skarlandu.
Za nim wszedł martwy król.
Drzwi zatrzasnęły się.
ŁUP.
Na alei znów zapadła cisza.
Jeden z koni spojrzał na drugiego.
Drugi na trzeciego.
Trzeci na czwartego.
Pierwszy koń westchnął.
— Znowu będzie rozpierdol.
A drugi odpowiedział:
— Jak zawsze, gdy przyjeżdża król.
A gdzieś na najwyższym piętrze pałacu...
zegar zaczął wybijać godzinę.
Raz.
Drugi.
Trzeci.
A potem...
trzynasty.
† PIO DE MEDICI
Panzerhaubitzekardinal
Wielki Inkwizytor Świętego Oficjum
Sekretarz Stanu Świętej Stolicy
Primus inter Emeritos, Naczelny Senior Rotrii,
Książę Ferrary i Palestriny, markiz Monte Cassino, właściciel Mater Ecclesiae
Liczba postów: 2892
Liczba wątków: 215
Dołączył: 27.11.2018
Drzwi Ambasady Imperium Skarlandu zatrzasnęły się za Aureliuszem.
ŁUP.
— Nie lubię, kiedy tak robią — powiedział ksiądz.
— Kto?
— Drzwi.
Andreas Catalan wzruszył ramionami.
— Skarlandzkie.
— Co to znaczy?
— Nic. Ale brzmi dumnie.
Hol ambasady wyglądał dokładnie tak, jak powinien wyglądać pałac, którego właściciel nie żył od bardzo dawna, ale najwyraźniej nie poinformował o tym służby.
Płonęły wszystkie świeczniki.
Na ścianach wisiały portrety.
W kominku trzaskał ogień.
Na stoliku stała herbata.
Parowała.
Aureliusz podszedł do filiżanki.
— Świeża.
— Wiem.
— Kto ją zrobił?
— Nie wiem.
Aureliusz spojrzał na Andreasa.
— Wasza Królewska Mość mieszka w nawiedzonym domu.
— Moim nawiedzonym domu.
— To niewiele poprawia.
Nagle z głębi pałacu dobiegł gwar.
Śmiechy.
Muzyka.
Brzęk kieliszków.
Aureliusz otworzył Bestiariusz Patriarszy.
— „Nawiedzony dwór”...
Przewrócił stronę.
— Jest.
Andreas zajrzał mu przez ramię.
— Co piszą?
— „Patrz: arystokracja”.
— I?
Aureliusz przewrócił stronę.
— „Patrz: pasożyty”.
Andreas zmarszczył brwi.
— Kto to pisał?
— Patriarcha.
— Który?
— Nie podano.
— Tchórz.
Ruszyli korytarzem.
Im bliżej byli wielkiej sali balowej, tym głośniejsza stawała się muzyka.
Aż Andreas otworzył drzwi.
Aureliusz stanął.
— O kur...
Spojrzał na Andreasa.
— ...czę.
Sala była pełna ludzi.
A raczej tego, co z ludzi zostało.
Damy w sukniach sprzed dwóch stuleci.
Oficerowie.
Hrabiowie.
Baronowie.
Szambelan bez połowy twarzy.
Minister bez teki, za to z głową pod pachą.
Trzech ambasadorów, z których jeden był przezroczysty, drugi nie miał nóg, a trzeci najwyraźniej nawet za życia nie wiedział, po co przyszedł.
Wszyscy tańczyli.
— Ilu ich jest? — zapytał Aureliusz.
— Około sześćdziesięciu.
— I wszyscy nie żyją?
— Nie wiem.
Andreas wskazał jednego jegomościa przy bufecie.
— Ten wyglądał tak samo jeszcze za życia.
Orkiestra przerwała.
Wszyscy odwrócili się ku schodom.
Na ich szczycie pojawiła się postać.
Wysoka.
Dostojna.
W czarnej sukni.
Na głowie diadem.
— Jej Imperialna Mość Eleonora!
Dwór skłonił się.
Andreas nie.
Aureliusz też nie, ale głównie dlatego, że wertował Bestiariusz.
Eleonora zeszła kilka stopni.
— Andreasie...
— Eleonoro.
— Wróciłeś.
— To moja ambasada.
— Była pusta.
— Byłem martwy.
— To prawie to samo.
— NIE DLA KRÓLA.
Aureliusz podniósł palec.
— Przepraszam.
Oboje spojrzeli na niego.
— Ksiądz Aureliusz. Egzorcysta. Umowa-zlecenie.
Eleonora zmierzyła go wzrokiem.
— Przyszedłeś nas wypędzić?
— Teoretycznie.
— A praktycznie?
— Chciałbym najpierw wiedzieć, za co dokładnie dostaję trzysta lirów.
Andreas wskazał dwór.
— Za to.
Aureliusz spojrzał na sześćdziesiąt duchów.
Potem na Andreasa.
— Trzysta?
— Tak.
— Za sześćdziesiąt?
— Tak.
— To pięć lirów od ducha.
— Plus nocleg.
— Jaki nocleg?!
Nagle rozległ się śmiech Eleonory.
Ale coś było nie tak.
Jej sylwetkę otoczyła mgła.
Suknia zaczęła się zmieniać.
Diadem zniknął.
Pojawił się męski, książęcy strój.
Po chwili przed Aureliuszem stał elegancki arystokrata.
— A może łatwiej będzie rozmawiać ze mną?
Aureliusz zamrugał.
— Kim pan jest?
Postać ukłoniła się.
— Lorenzo. Książę Toskanii.
Aureliusz spojrzał na Andreasa.
Andreas westchnął.
— To nadal Eleonora.
— Aha.
Aureliusz ponownie spojrzał na Lorenza.
— Czyli Eleonora...
PUFF.
Znów stała przed nim Eleonora.
— Tak.
PUFF.
Lorenzo.
— I nie.
PUFF.
Eleonora.
— Zależy.
Aureliusz zamknął Bestiariusz.
— Oczywiście.
Andreas zmarszczył brwi.
— Nie dziwi cię to?
— Wasza Królewska Mość, dzisiaj rozmawiałem z biskupem-duchem, byłym rektorem i martwym królem z zegarkiem. Moja granica zdziwienia została przekroczona mniej więcej trzy godziny temu.
Eleonora uśmiechnęła się.
— Podoba mi się.
— Mnie się pani nie podoba.
PUFF.
Lorenzo.
— A teraz?
— Też nie.
PUFF.
Eleonora.
— Cham.
— Egzorcysta.
— To nie jest wymówka.
— W seminarium była.
Andreas przerwał:
— Aureliuszu.
— Tak?
— Pozbądź się ich.
W tej samej chwili sześćdziesiąt par martwych oczu skierowało się na księdza.
Aureliusz powoli otworzył Bestiariusz.
— Dobra...
Przełknął ślinę.
— Zobaczmy, czy jest jakiś rabat hurtowy.
† PIO DE MEDICI
Panzerhaubitzekardinal
Wielki Inkwizytor Świętego Oficjum
Sekretarz Stanu Świętej Stolicy
Primus inter Emeritos, Naczelny Senior Rotrii,
Książę Ferrary i Palestriny, markiz Monte Cassino, właściciel Mater Ecclesiae
Liczba postów: 2892
Liczba wątków: 215
Dołączył: 27.11.2018
Dwie godziny później Aureliusz wiedział już trzy rzeczy.
Po pierwsze: klasyczny egzorcyzm nie działał.
Po drugie: wino w piwnicach ambasady było naprawdę dobre.
Po trzecie: Nawiedzony Dwór Eleonory nie był opętany.
Był zameldowany.
— Jeszcze raz — powiedział Aureliusz.
Siedział przy biurku dawnego ambasadora.
Przed nim stała Eleonora.
— Kiedy tu przybyliście?
— Sto siedemnaście lat temu.
— Na jakiej podstawie?
— Było otwarte.
— To nie jest podstawa prawna.
— W Skarlandzie była.
Andreas uderzył dłonią w stół.
— NIE BYŁA!
Eleonora spojrzała na niego.
— Dlatego twoje państwo upadło.
— WYPRASZAM SOBIE.
Aureliusz stuknął piórem.
— Cisza.
Oboje umilkli.
Aureliusz uśmiechnął się.
Pierwszy raz tego wieczoru poczuł władzę.
— Dobrze. Mamy więc sześćdziesiąt jeden duchów bez ważnego tytułu pobytowego...
— Sześćdziesiąt — poprawiła Eleonora.
— Pani liczę podwójnie.
PUFF.
Lorenzo pojawił się przed biurkiem.
— Protestuję.
— Protest odrzucony.
PUFF.
Eleonora.
— Na jakiej podstawie?!
Aureliusz pokazał Bestiariusz.
— Kanon czternasty, paragraf ósmy: „Zjawa o więcej niż jednym obliczu winna być liczona według liczby oblicz, chyba że ordynariusz miejsca zarządzi inaczej”.
Cisza.
Andreas nachylił się do niego.
— Naprawdę tam tak jest?
Aureliusz zasłonił księgę ręką.
— Nie.
— Sprytnie.
— Teologia pastoralna.
Aureliusz wstał.
— Szanowni państwo! Decyzją przedstawiciela Kościoła rozpoczynam procedurę opuszczenia nieruchomości.
Nikt się nie ruszył.
Aureliusz wyciągnął wodę święconą.
Połowa dworu zrobiła krok do tyłu.
— O.
Wyciągnął kropidło.
Kolejne dziesięć duchów uciekło.
— OOO.
Wyciągnął formularze.
Cały dwór wrzasnął.
— NIE!
— TYLKO NIE TO!
— BIUROKRACJA!
— MIEJCIE LITOŚĆ!
Aureliusz spojrzał na Andreasa.
— Mamy ich.
Rozpoczęła się akcja.
Każdy duch musiał podać imię.
Nazwisko.
Datę śmierci.
Miejsce śmierci.
Powód nawiedzenia.
Stosunek do nieruchomości.
I odpowiedzieć na najstraszniejsze pytanie ze wszystkich:
„Czy posiada pan dokument potwierdzający prawo do przebywania na terenie Ambasady Imperium Skarlandu?”
Po czterdziestu minutach pierwszych piętnaście duchów dobrowolnie przeszło na tamten świat.
Po godzinie następnych dwadzieścia.
Jeden hrabia próbował wyskoczyć przez okno.
— Pan już nie żyje! — krzyknął Aureliusz.
— ALE NIE BĘDĘ WYPEŁNIAŁ ZAŁĄCZNIKA C!
I zniknął.
Andreas patrzył z podziwem.
— Jesteś potworem.
— Dziękuję.
— To nie był komplement.
— W duszpasterstwie biorę, co dają.
Po dwóch godzinach została tylko Eleonora.
I Lorenzo.
Czyli Eleonora.
Czyli Lorenzo.
Aureliusz już sam nie wiedział.
Zjawa siedziała naprzeciwko niego.
PUFF.
— Eleonora.
PUFF.
— Lorenzo.
PUFF.
— Eleonora.
— Można przestać?!
— Nie.
— Dlaczego?
— Denerwuje cię to.
— Tak.
— Dlatego.
Andreas nachylił się nad stołem.
— Wynoś się z mojego pałacu.
Eleonora uśmiechnęła się.
— Nie mogę.
Aureliusz spoważniał.
— Dlaczego?
Po raz pierwszy tej nocy na twarzy zjawy zniknął uśmiech.
— Bo...
Spojrzała w stronę schodów prowadzących na najwyższe piętro.
— to nie my nawiedzamy ten pałac.
Cisza.
Andreas pobladł.
Co w przypadku szkieletu było imponującym osiągnięciem.
— Jak to?
Eleonora wskazała sufit.
— To pałac nawiedza nas.
Nagle wszystkie zegary w ambasadzie stanęły.
Aureliusz spojrzał na swój zegarek.
3:33.
Andreas na swój.
3:33.
Z góry dobiegły kroki.
TUP.
TUP.
TUP.
Aureliusz westchnął.
— Wiedziałem.
Otworzył Bestiariusz.
— Wiedziałem, że trzysta lirów to za dużo.
† PIO DE MEDICI
Panzerhaubitzekardinal
Wielki Inkwizytor Świętego Oficjum
Sekretarz Stanu Świętej Stolicy
Primus inter Emeritos, Naczelny Senior Rotrii,
Książę Ferrary i Palestriny, markiz Monte Cassino, właściciel Mater Ecclesiae
Liczba postów: 2892
Liczba wątków: 215
Dołączył: 27.11.2018
Na najwyższym piętrze nie było światła.
Andreas szedł pierwszy.
Za nim Aureliusz.
Za Aureliuszem Eleonora.
PUFF.
Lorenzo.
— Przestań.
PUFF.
Eleonora.
— Dobrze.
Dotarli do drzwi.
Były ogromne.
Czarne.
Na środku widniał herb Skarlandu.
Andreas zatrzymał się.
— Nie pamiętam tych drzwi.
— To pana ambasada.
— Właśnie dlatego się martwię.
Aureliusz otworzył Bestiariusz.
Kartki zaczęły same przewracać się na wietrze, którego nie było.
Nagle zatrzymały się.
Jedno zdanie.
Aureliusz przeczytał.
— „Dom, który przez zbyt wiele lat pozostaje własnością umarłych, sam może stać się umarłym”.
Andreas spojrzał na pałac.
— Sugerujesz, że...
— Tak.
Aureliusz zamknął księgę.
— Ambasada jest duchem.
Cisza.
Eleonora popatrzyła na Andreasa.
— Mówiłam.
— Nie mówiłaś.
— Myślałam.
— To nie to samo.
— Dla imperatorki wystarczy.
Aureliusz podszedł do drzwi.
— Czyli żeby pozbyć się Nawiedzonego Dworu...
— Musisz pozbyć się pałacu — powiedział Lorenzo.
— Nie ma mowy! — wrzasnął Andreas.
Ściany zatrzęsły się.
Z sufitu spadł tynk.
— To własność Korony!
Aureliusz spojrzał na niego.
— Jakiej Korony?
Andreas wskazał koronę na swojej głowie.
— TEJ.
— A państwo?
Cisza.
— Nie istnieje.
Andreas zacisnął szczękę.
— Szczegóły.
I wtedy Aureliusz zrozumiał.
— Wasza Królewska Mość...
— Tak?
— Pałac nie trzyma Eleonory.
Spojrzał na króla.
— Pałac trzyma pana.
Andreas zamarł.
Zegar w jego dłoni zaczął tykać.
Tik.
Tak.
Tik.
Tak.
Aureliusz wskazał go.
— Dlaczego ciągle nosi pan ten zegarek?
Andreas milczał.
Eleonora spojrzała na niego.
— Andreas.
Król opuścił wzrok.
— Zatrzymał się w chwili upadku Imperium.
Aureliusz spojrzał na tarczę.
— I od tego czasu?
— Nakręcam go.
— Po co?
Andreas wyprostował się.
— Bo dopóki chodzi zegar...
Spojrzał na pałac.
— ...Skarland jeszcze istnieje.
Aureliusz westchnął.
W końcu zamknął Bestiariusz.
— No i mamy.
— Co?
— Przywiązanie.
— Jestem królem.
— Jest pan trupem.
— Królem.
— Trupem.
— KRÓLEM.
— MARTWYM KRÓLEM NIEISTNIEJĄCEGO PAŃSTWA MIESZKAJĄCYM W AMBASADZIE, KTÓRA SAMA ZOSTAŁA DUCHEM!
Cisza.
Eleonora uniosła rękę.
— Punkt dla księdza.
Andreas usiadł na schodach.
Po raz pierwszy nie wyglądał jak król.
Wyglądał jak bardzo stary człowiek.
Aureliusz usiadł obok.
— Trzeba pozwolić temu odejść.
— Skarlandowi?
— Pałacowi.
— A różnica?
Aureliusz pomyślał.
— Budynki można odbudować.
Spojrzał na zegarek.
— Czasu nie.
Andreas długo milczał.
Wreszcie podał Aureliuszowi zegarek.
— Co mam zrobić?
— Przestać go nakręcać.
Zegar zwolnił.
Tik...
Tak...
Tik...
Andreas zamknął oczy.
Tik...
I cisza.
W całej ambasadzie zgasły światła.
Ściany zadrżały.
Portrety spadły.
Okna otworzyły się jednocześnie.
Do środka wdarł się nocny wiatr.
Eleonora zaczęła znikać.
— Aureliuszu...
— Tak?
— Dziękuję.
PUFF.
Lorenzo.
— Ode mnie również.
— Nie mogliście po prostu powiedzieć tego razem?
— Nie.
Postać uśmiechnęła się.
I rozpłynęła.
Pozostał Andreas.
Spojrzał na pustą salę.
— Czyli wszyscy odeszli?
Aureliusz zajrzał do Bestiariusza.
— Wygląda na to.
Król uśmiechnął się.
— Wspaniale.
— No.
— Ambasada znowu jest moja.
Aureliusz spojrzał na niego.
— Słucham?
Andreas podniósł zegarek.
Nakręcił.
KLIK. KLIK. KLIK.
Wszystkie światła w pałacu zapaliły się ponownie.
— ANDREAS!
Król zaczął uciekać korytarzem.
— UMOWA BYŁA NA ELEONORĘ!
— WRACAJ TU, TY KRÓLEWSKI CHAMIE!
— TRZYSTA LIRÓW!
— PIĘĆSET!
— TRZYSTA PIĘĆDZIESIĄT!
— CZTERYSTA PIĘĆDZIESIĄT I KOSZTY DOJAZDU!
— CZTERYSTA!
Aureliusz zatrzymał się.
Pomyślał.
— Dobra.
Andreas wychylił głowę zza kolumny.
— Naprawdę?
— Tak.
— To co teraz?
Aureliusz schował pieniądze.
Spojrzał na zegarek.
Potem na Bestiariusz.
Potem na króla.
— Teraz idę spać.
— A pałac?
— Jutro.
— A jeśli znowu zacznie nawiedzać?
Aureliusz ruszył do wyjścia.
— To proszę zadzwonić do kurii.
— Odbiorą?
Ksiądz zatrzymał się.
Pomyślał chwilę.
— Nie.
I wyszedł.
Na zewnątrz zaczynało świtać.
Aureliusz przeszedł kilkanaście metrów.
Nagle stanął.
Oczy zrobiły mu się wielkie.
— O kurczę.
Spojrzał na zegarek.
5:47.
O szóstej trzydzieści miał Mszę.
A później...
konferencję o kerygmacie.
Aureliusz pobladł.
Odwrócił się w stronę nawiedzonego pałacu.
— ANDREAS!
Król wychylił się przez okno.
— CO?!
— MACIE JESZCZE MIEJSCE DLA JEDNEGO DUCHA?!
— A KOGO?!
Aureliusz zaczął biec.
— MNIE!
† PIO DE MEDICI
Panzerhaubitzekardinal
Wielki Inkwizytor Świętego Oficjum
Sekretarz Stanu Świętej Stolicy
Primus inter Emeritos, Naczelny Senior Rotrii,
Książę Ferrary i Palestriny, markiz Monte Cassino, właściciel Mater Ecclesiae
|